Odnośnie Portalu

Copyright © 2014 Medziugorje "Mir" - Polski Serwis Informacyjny. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Świadectwo Jerzego G.

     Pod koniec listopada 1992 roku wychowanek Internatu Zespołu Szkół Zawodowych PKP w Zbąszynku (w którym pracowałem od 1975 roku) Marcin przekazał mi, czyli kierownikowi tego internatu, pewną gazetkę wydaną w Stanach Zjednoczonych i przetłumaczoną na język polski . Po pobieżnym przeczytaniu tej gazetki nie odniosłem większego wrażenia, czy wręcz właściwego zrozumienia podanych tam informacji. Jednak poprosiłem Marcina, ażeby załatwił on reklamowaną tam przez Wydawnictwo Księży Marianów do sprzedaży kasetę video Medjugorie: Orędzie pokoju skierowane do ciebie? i dwie książki. Autorem jednej z nich jest Rene Lejeune "Posłanie z Medjugorie -365 dni z Maryją". Kaseta i książki miały być prezentem gwiazdkowym dla całej rodziny, pod choinkę na Boże Narodzenie, które Marcin w błyskawicznym tempie załatwił i "ściągnął" z Warszawy. Kaseta jednak "nie doczekała" świąt Bożego Narodzenia. Pewnego grudniowego wieczoru, kiedy było już bardzo późno i wszyscy w domu już spali, wziąłem kasetę video i zacząłem z zapartym tchem ją oglądać. Na kasecie zarejestrowane były wydarzenia w Medziugorje nagrane przez amerykańskie Centrum Pokoju, po 3 latach trwających tam objawień. Po skończonym filmie, a była już chyba godzina pierwsza w nocy, nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Serce kołatało jak szalone, wewnątrz napierała olbrzymia siła, ażeby przeczytać na nowo gazetkę ze Stanów. Cedziłem słowo za słowem w tej gazetce, które przenikały mnie dogłębnie. Czas w nocy "leciał" szybko i zrobiła się nagle chyba godzina czwarta rano. Nie mogłem w ogóle zasnąć! Zrodziła się nieodparta myśl, że trzeba natychmiast głosić w swoim otoczeniu o tym, co dzieje się w Medziugorje i do czego wzywa nas wszystkich Matka Boża! Nie wiedziałem również, że to wydarzenie zmieni całkowicie moje dotychczasowe, duchowe życie. Kiedy obejrzałem kasetę o Medziugorje, rano wszystko opowiedziałem żonie, rodzinie i przyjaciołom w pracy. Reakcje oczywiście były różne. Wielu sceptycznie podchodziło do "przedstawianych sensacji", ale wielu chciało oglądać kasetę video, prosili o jej przegranie i czytali z zapartym tchem jedną z moich książek o Medziugorju. Wieści o Medziugorje i orędzie pokoju powoli rozpowszechniały się w parafii. Wiele osób zaczęło odpowiadać na zawarte tam przesłania. Ja w tym czasie zapraszałem do domu znajomych, by wspólnie oglądać tą kasetę video i rozmawiać o tych wydarzeniach. Następnie rozpoczęła się praca w przegrywaniu tej kasety i przekazywania jej osobom, które chciały ją posiadać, a one kolejno przekazywały ją dalej do oglądania. Nie wiem ile tych kaset przegrałem, ale myślę, że kilkadziesiąt. Jednak stawialiśmy pytanie, "co dalej dzieje się w Medziugorje? Czy objawienia trwają nadal?". Wiedza o Medziugorje kończyła się na 1989 roku, czyli 8 lat od czasu rozpoczęcia objawień, a był już rok 1992. Tę wiedzę posiadaliśmy po przeczytaniu książki o Medziugorju, nie znając treści spotkania z Dni Kultury Chrześcijańskiej w naszej parafii z 1989 r. W tym właśnie roku odbywały się w naszej parafii Dni Kultury Chrześcijańskiej organizowane pod patronatem ks. Proboszcza K. D. i ówczesnego wikariusza ks. P. P. Jeden z organizatorów tych dni L. S. zaprosiła panią dr nauk socjologicznych G. F. z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w P., ażeby opowiedziała zebranym parafianom w kościele o swoim pobycie i wydarzeniach w Medziugorje. W tamtym spotkaniu nie uczestniczyłem i nie miałem żadnego pojęcia o Medziugorje. Upłynęły dwa lata, aż ponownie o Medziugorje zaczęto mówić w Zbąszynku. Cały rok 1993 był rokiem, kiedy poszukiwaliśmy informacji, "co dalej dzieje się w Medziugorje?". Pisałem do Wydawnictwa Księży Marianów w Warszawie, do Towarzystwa Przyjaciół Rodzin we Francji, nikt nie odpisał. Nie wiedzieliśmy w ogóle, że w Krakowie ks. Stanisław Kania z Zakonu Pijarów wydaje miesięcznik "Znak Pokoju", który informuje dokładnie o wydarzeniach w Medziugorje. Jedynym źródłem informacji, dzięki niezwykłej wiary w objawienia Matki Bożej w Medziugorje Tereski, koleżanki z pracy, i jej mamy Agaty , były materiały w języku niemieckim "ściągane" przez nie od (siostry Tereski) -Ewy mieszkającej w Niemczech. Próbowaliśmy tłumaczyć z niemieckiego orędzia z 25-go każdego miesiąca na język polski. W Niemczech wydarzenia o Medziugorje były bardzo szeroko rozpowszechniane w prasie, ale dla nas istotnym faktem było to, że objawienia trwają. Wiedzieliśmy także, że 6 kwietnia 1992 r. o godz. 21.30 na terenie Bośni i Hercegowiny, gdzie leży Medziugorje wybuchła wojna. W trakcie działań wojennych, wokół Medziugorje wioski i miasta takie jak Mostar, Čitluk, Ljubuski, Capljina, Široki Brieg legły w gruzach, wszędzie było pełno krwi i ognia, a woda rzeki Neretvy zabierała rzesze zabitych ludzi. Serbowie palili wioski, mordowali ludność cywilną, bombardowali wszystko, co się tylko dało.W styczniu 1994 r. tradycyjnie już w naszej parafii odbywała się wizyta duszpasterska, czyli tzw. kolęda.

     Któregoś styczniowego wieczoru zadzwonił do mnie wikariusz naszej parafii ks. Andrzej J. z wielką radością w głosie. Ksiądz Andrzej przekazał, że chodząc po kolędzie rozmawiał z małżeństwem, które było już kilka razy w Medziugorje i chętne jest uczestniczyć w zorganizowanym spotkaniu i przekazać wszystko, co wiedzą o objawieniach Królowej Pokoju w Medziugorje. Owe małżeństwo Bożena i Przemek jesienią 1993 r zamieszkało w Zbąszynku, przeprowadzając się z T.a na wolne mieszkanie w Zbąszynku przeznaczone dla lekarzy. Przemysław pracował jako lekarz w szpitalu w S. na oddziale wewnętrznym, a jego żona Bożena, psycholog przebywała na urlopie wychowawczym. Ksiądz Andrzej ustalił spotkanie z państwem M. na 1 lutego 1994r., był to pierwszy wtorek lutego. Spotkanie zostało podane w niedzielnych ogłoszeniach parafialnych. Odbyło się ono w Kaplicy Getsemani, w której zimą w dni powszednie odbywały się Msze Św. Na tym spotkaniu państwo M. opowiedzieli o swoich przeżyciach w Medziugorje, wyświetlali też slajdy z odbytych pielgrzymek. Pokazywali także książki wydane o Medziugorje, które nabywali uczestnicy spotkania. Mówili także o orędziach Królowej Pokoju, odnowie życia chrześcijańskiego, pokoju i modlitwie. Oprócz dyskusji, krótkiej modlitwy i wymiany informacji ustalono, że powstanie grupa modlitewna Królowej Pokoju przy naszej parafii. Podjęto zobowiązanie wobec Maryi - Królowej Pokoju, że modlitwy różańcowe będą odbywały się w kaplicy Getsemani przy kościele w pierwszy wtorek miesiąca i każdego 25-go miesiąca. I tak powstała w naszej parafii Wspólnota Królowej Pokoju!

     Wiosną 1995 r. rozpoczęto organizowanie parafialnej pielgrzymki do Medziugorje, którą przygotowywał Przemysław M., a ja mu pomagałem. Termin wyjazdu ustalono na Święto Wniebowzięcia NMP w sierpniu. Załatwiono autokar, noclegi na miejscu, wyżywienie, był komplet pielgrzymów - wszystko "zapięte na ostatni guzik!" Jednak pielgrzymka się nie odbyła. Na 3 dni przed wyjazdem do Medziugorje pielgrzymkę odwołano z powodu wybuchu wojny pomiędzy Chorwatami a Serbami o Krainę. Trasa planowanego przejazdu pielgrzymki przebiegała przez tereny objęte działaniami wojennymi. Nie podjęto, więc ryzyka wyjazdu, mimo tak bardzo podzielonych zdań wśród pielgrzymów.

     Był czwartek, dzień Bożego Ciała, 15 czerwca 1995 roku (3 dni po odbytej pieszej pielgrzymce do Rokitna). Wczesnym rankiem około godziny szóstej poczułem ogromne bóle w klatce piersiowej. Zlany zimnym potem zawołałem żonę, która natychmiast zadzwoniła po pogotowie. Lekarz oczywiście stwierdził zawał serca, ale ociągał się z odwiezieniem mnie do szpitala. Podał nitroglicerynę, ale bóle nasilały się niesamowicie, w ogóle nie ustępowały. Gdy zadecydował o szpitalu wstałem z tapczanu i z ogromnym bólem poszedłem sam do karetki, nie czekając już na pielęgniarza z noszami. Wiele nie pamiętam, co działo się w czasie jazdy do szpitala, ale ból w klatce był potworny. Obudziłem się na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu w S. Nic nie pamiętałem co było przez jakiś czas. Dowiedziałem się, że gdy mnie przewieziono na oddział (...) moje serce przestało bić. Lekarzom udało się pobudzić serce do pracy dzięki zastosowaniu defibrylacji. Po tygodniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii zostałem przeniesiony na oddział wewnętrzny, na którym przebywałem około 3 tygodni. Na oddziale tym znajdowałem się pod troskliwą opieką między innymi lekarza Przemka M., który założył naszą wspólnotę i pracował w tym szpitalu, codziennie dojeżdżając do pracy. "Co za dziwny zbieg okoliczności?"

     Pobyt w szpitalu w S. uzmysłowił człowiekowi jego kruchość a nade wszystko działanie Boże, jego siłę i moc w przywróceniu mi życia. Wiem, że Królowa Pokoju wyjednała mi tę łaskę. Właśnie tam w szpitalu wśród chorych opowiadałem o objawieniach Matki Bożej w Medziugorje i o jej orędziach. Często udawałem się do szpitalnej kaplicy, gdzie zatapiałem się w modlitwie, dziękując Panu za dar życia. W tej kaplicy wisiał piękny, namalowany obraz przedstawiający Pana Jezusa idącego polem (tak mi się wydawało). Uwielbiałem wpatrywać się w ten obraz, który przynosił tak wielkie ukojenie.

     Po powrocie ze szpitala i krótkim pobycie w domu otrzymałem telegram od ordynatora, że 18 lipca 1995 r. mam przybyć na 4 tygodniową rehabilitację do szpitala kardiologicznego w T. Okres pobytu w T. przywracał powolną sprawność fizyczną, ale także dawał nieodpartą okazję do głoszenia wydarzeń dziejących się w Medziugorje wśród chorych. Tam właśnie w T. słuchałem z zapartym tchem komunikatów radiowych o sytuacji w Chorwacji i nagle wywołanym konfliktem zbrojnym pomiędzy Serbami a Chorwatami o Slawonię. Przecież ze Zbąszynka miała wyruszyć w sierpniu pierwsza pielgrzymka do Medziugorje, na którą oczywiście bym już nie pojechał po przebytym zawale. Jak pisałem wcześniej pielgrzymka ta nie doszła jednak do skutku. Pobyt w T. dawał także okazję do ciągłego rozmyślania o swoim życiu, pogłębiania wiedzy religijnej, snucia planów jak służyć Bogu poprzez powstałą Wspólnotę, jak realizować orędzia Matki Bożej Królowej Pokoju w codziennym życiu?

     Przeprowadzone badania i wykonanie próby wysiłkowej, która dała wynik dodatni, pan ordynator podjął decyzję o skierowaniu mnie na koronarografię do Akademii Medycznej w Klinice Kardiochirurgicznej w L. Klinika wyznaczyła termin przyjazdu na badania na dzień 11.10.1995 r. Nocleg mieliśmy załatwiony u starszej wspaniałej "cioci" Broni, krewnej żony bratowej. Rano wyruszyliśmy wraz z ciocią Bronią do szpitala i ku wielkiemu zdumieniu , mimo ustalonego terminu, lekarz na izbie przyjęć w ogóle nie chciał przyjąć mnie na oddział. Wszystko motywował brakiem miejsc. Mimo argumentów, że do domu mamy 500 km, w ogóle nie przejmował się, żeby jakoś problem rozwiązać. Przekazał jedynie, żeby ponownie przyjść po godzinie 1200. Wyszliśmy ze szpitala z wielkim bólem serca, nie wiedząc kompletnie, co ze sobą zrobić. Ciocia Bronia oznajmiła, że teraz pójdziemy do robotniczego, starego kościółka, do którego przybył obraz Matki Bożej Częstochowskiej nawiedzając tę parafię. Modliliśmy się przed kopią cudownego obrazu prosząc Matkę Bożą o pomoc w przyjęciu na oddział. Ponownie przyszliśmy do szpitala, a decyzja tego lekarz była nieustępliwa, gdy nagle pojawił się drugi lekarz i wtrącił się do rozmowy. Nie widział on problemu z przyjęciem mnie i zaproponował, ażeby przyjąć jeszcze dwie osoby i wszystkich umieścić w klasie, w której uczyły się kiedyś dzieci podczas pobytu w szpitalu, bo sala ta była już nieczynna z powodu zlikwidowanego oddziału dziecięcego. Ucieszyliśmy się ogromnie i doskonale wiedzieliśmy, kto mógł nam pomóc!

      Badania koronarograficzne wykazały krytyczne zwężenie gałęzi międzykomorowej przedniej lewej tętnicy wieńcowej. Właśnie w tętnicy LAD po Dg 1 wystąpiło długie zwężenie 99%. Zakwalifikowano mnie do leczenia operacyjnego w warunkach krążenia pozaustrojowego na dzień 14.11.1995 r. Do tego czasu zmuszony byłem załatwić 3000 ml krwi grupy O Rh (-) i ją ze sobą przywieźć. Krew udało się załatwić, dzięki pomocy Stacji Krwiodawstwa w S. i ludziom dobrej woli ze Zbąszynka, którzy pojechali i oddali krew. W wyznaczonym dniu 10.11.1995 r. udałem się do kliniki czekając na operację. W niedzielę pod wieczór przyszedł lekarz dyżurny i poinformował mnie, że lekarz prowadzący operację prof. R. J. przekazuje, iż będę operowany jutro 13 listopada w południe i że mam przygotować się do zabiegu. Bałem się, że żona nie zdąży dojechać w poniedziałek na czas. Jednak zdążyła i przed "wyjazdem" na salę operacyjną pożegnaliśmy się. Operacja udała się , dokonano połączenia tętniczego IMA do LAD. Jednak na drugi dzień wystąpiły różne powikłania, których przyczyn po przeprowadzonych badaniach nie udało się ustalić. Raptownie one ustały i wszyscy się cieszyli, że jest lepiej. Za dwa dni nastąpiło masywne obustronne zapalanie płuc, zastosowano intubację i użyto respiratora. Sytuacja stała się tragiczna i beznadziejna, wszystko pozostało w ręku Boga. Lekarze nie dawali większych nadziei na dalsze życie, odporność organizmu gwałtownie spadała, a leukocytów było na granicy poniżej 500. W naszej parafii odbyła się specjalna Msza Św., w której modlono się o moje życie i zdrowie. Stan ten trwał kilka dni, mało co z tego pamiętam. Jednak doskonale pamiętam, że ciało moje bezwładnie leżało na łóżku, a duszy mojej jakby nie było. Miałem wrażenie, że Pan Jezus ją gdzieś zabrał i poszedł z nią daleko. Sytuacja zaczęła się poprawiać po 4-5 dniach, odporność organizmu wzrastała i zagrożenie po woli mijało. Lekarze byli zaskoczeni zmieniającą się sytuacją, bo zdawali sobie sprawę, że ratunku właściwie nie było. "Wszystko jest w ręku Boga" - informowali moją żonę., albo "niech pani pójdzie pożegnać się z mężem, może to już ostatni raz" Po ponad tygodniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii wróciłem na oddział kardiologiczny. Tam po dłuższej rehabilitacji i ciężkich cierpieniach wyrażających się np. w nieumiejętności chodzenia, "jadłowstręcie", dziesiątkach kroplówek i zastrzyków, wracałem powoli do siebie. Gdy mogłem już chodzić, często udawałem się do przepięknej kaplicy szpitalnej i zatapiałem się w modlitwie, dziękując Bogu za kolejny dar życia w tym roku. Doskonale wiedziałem, że Matka Boża Królowa Pokoju wyjednała mi te wszystkie łaski i otoczyła mnie szczególną opieką w trakcie wszystkich cierpień i zagrożeń. Moc modlitwy najbliższych, przyjaciół i całej wspólnoty w parafii uczyniła cud. Przez cały pobyt w klinice w L. nieugięcie głosiłem chorym przesłanie Królowej Pokoju płynące z Medjugorje. Królowa Pokoju czyni kolejną niespodziankę! W 9 miesięcy po przebytych komplikacjach, jeszcze z bólami fizycznymi, Matka Boża zaprasza mnie i całą wspólnotę na pielgrzymkę do Medziugorje, na Święto Wniebowzięcia. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek tam jeszcze pojadę po przebytym zawale, tym bardziej w tak krótkim czasie po ciężkich powikłaniach operacyjnych, a ciągle trwających jeszcze bólach w klatce piersiowej. Wielu odradzało mi kategorycznie wyjazd do Medjugorje, ale ja kompletnie na to nie reagowałem, serce dyktowało, że muszę tam pojechać! I Pielgrzymka do Medziugorje z naszej Parafii odbyła się w dniach 12-20.08.1996 r. uwzględniając w tym Święto Wniebowzięcia NMP. Przewodnikiem duchowym pielgrzymki był ks. Dziekan ze S. Benedykt P. proboszcz parafii p.w. Św. Michała Archanioła, który swoją duchowością, postawą i homiliami w trakcie pielgrzymki znacznie przybliżał jej uczestników do Pana Boga. Zrodziła się wielka przyjaźń między pielgrzymami a ks. Dziekanem. Pielgrzymkę organizowałem wspólnie z Przemkiem, który był szefem. Wyjazd ze Zbąszynka nastąpił wczesnym ranem 12.08.1996r. O godzinie 445. Późnym popołudniem 13 sierpnia około godziny 1730 wjeżdżaliśmy do Medziugorje, cały autobus śpiewał pieśń "Przyszliśmy do Ciebie Matko" i na chwilę zatrzymaliśmy się przed kościołem. Przemek podziękował Matce Bożej za szczęśliwą podróż, a my nie mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy na tej upragnionej i błogosławionej ziemi. Tak bardzo długo czekaliśmy na ten moment! Szybko rozlokowaliśmy się w czterech domach u Jozo, Želki i Róży, u podnóża Krizevca w starej części Medjugorje, i kto tylko mógł, pospieszył do kościoła św. Jakuba na wieczorne modlitwy. Po wieczornych modlitwach zmęczeni podróżą, ale szczęśliwi wracaliśmy z kościoła na swoje pokoje. Na dworze było już szarawo. Wracałem z żoną, Przemkiem M., ks. Benedyktem P. i jeszcze z kilkoma osobami. Przed nami w oddali w zarysach widoczna była jeszcze góra Križevac i na jej szczycie krzyż. Idąc, ciągle spoglądałem na tę górę, nie zabierając głosu. W pewnym momencie ks. Benedykt podejrzanie zapytał "Czy widzicie to, co ja widzę?". "A co ksiądz widzi?" - spytaliśmy. "Powiedzcie najpierw, to i ja powiem!"- odpowiedział ksiądz. Chwilę przekomarzaliśmy się, aż w końcu powiedziałem, że widzę czerwone płomienie wydobywające się spod cokołu krzyża na górze Križevac. Wyglądało to jakby krzyż płonął od dołu, a jego góra była dobrze widoczna. Wszyscy idący widzieliśmy tę sytuację i trudno było to wytłumaczyć. Ks. Benedykt potwierdził, że widzi to samo. Któregoś wieczoru w czasie wieczornych modlitw i Mszy Św. z żoną Danutą nie wchodziłem do wypełnionego już po brzegi kościoła. Usiedliśmy na ławce na zewnątrz kościoła po jego lewej stronie, akurat tak, że widzieliśmy naprzeciw dokładnie zachód słońca. Było to miejsce z widokiem małej przestrzeni między kościołem a ołtarzem polowym. Słońce jak zwykle o tej porze świeciło jeszcze dosyć silnie, że gołym okiem trudno było spoglądać na nie. W trakcie Mszy Św. na to słońce mogliśmy już wpatrywać się coraz to wyraźniej, tak że oczy nas w ogóle nie raziły. Kolor słońca robił się coraz bardziej czerwony, aż w końcu słońce zaczęło pulsować jak bicie serca. Trwało to do zakończenia Komunii Św. aż nagle słońce znikło. Trudno dokładnie opisać tę sytuację, ale nie wszyscy pielgrzymi, którzy byli wokół nas to zjawisko widzieli. Jedni byli bardzo poruszeni tym zjawiskiem, a drudzy pomimo wskazań, żeby zobaczyli co się dzieje, wzruszali ramionami, że nic nie widzą. 18 sierpnia, po śniadaniu większość pojechała autokarem nad wodospady Kravica, kilka kilometrów za Medziugorje. Ja zostałem na miejscu obiecując pani Pelagii, jednej z najstarszych naszych pielgrzymów, że wybiorę się z nią do 2-3 stacji drogi krzyżowej na Križevac. Pani Pelagia nie była z nami na Križevcu i wspólnej drodze krzyżowej, ponieważ obawiała się, że nie dojdzie na szczyt wysokiej góry. Razem z nami poszły z nami jeszcze 4 osoby. Rozpoczęliśmy drogę krzyżową rozważając wspólnie każdą stację, cytując także orędzia Matki Bożej. Kiedy znaleźliśmy się przy 3 stacji, pani Pelagia zaproponowała, żeby jeszcze dojść do szóstej. Gdy byliśmy przy 6- poprosiła, żeby iść dalej. Nie spostrzegliśmy, kiedy znaleźliśmy się na samym szczycie góry Križevac przy potężnym, betonowym krzyżu. Dziękując Panu Bogu za dar wejścia, wszyscy szczęśliwi i radośni oddaliśmy się Najświętszemu Sercu Panu Jezusa (Aktem oddania) i odmówiliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Pani Pelagia była szczęśliwa i nie myślała, że w trakcie tej pielgrzymki wejdzie na Križevac. Gdy byłem już na dole, uświadomiłem sobie, że Bóg uczynił dla mnie wielki cud fizyczny. Niespełna 8 miesięcy po wielkich cierpieniach i nienajlepszym jeszcze ogólnym stanie fizycznym, po przebytym ciężkim zawale serca i operacji, dwukrotnie wspinałem się na Križevac i raz na górę objawień Podbrdo w dużych upałach! Matka Boża ofiarowała mi przepiękny, niespodziewany prezent podczas całej tej pielgrzymki. Ileż Bogu ofiarowałem wówczas różnych spraw podczas wspinaczek, a szczególnie dziękowałem z całego serca za kolejny dar mojego życia!

     Podczas tej pielgrzymki uczestniczyliśmy we wspaniałych spotkaniach z o. Slavko, o. Jozo, Vicką, Jeleną. Spotkaliśmy się w Cenacolo z włoskimi narkomanami Mario i Renato, którzy wygłosili swoje świadectwa uzdrowienia z tego ciężkiego uzależnienia. Z tej pielgrzymki przywieźliśmy dar dla parafii figurę Królowej Pokoju, którą poświęcił o. Slavko. To były wspaniałe i niezapomniane chwile w moim życiu, które dalej zmieniały moje całe życie duchowe i tak bardzo uświadamiały, że trzeba aktywnie pracować dla Królowej Pokoju Kolejne moje pielgrzymowania do Medjugorje były w 2002 i 2006. Najważniejszym faktem jednak jest to , że Wspólnota Królowej Pokoju z naszej parafii modli się już prawie 15 lat. Jesteśmy w szkole Maryi, raz jest nas więcej, raz mniej - ale ciągle jesteśmy, a pragnieniem naszych serc jest nieustanne odpowiadanie na wezwanie Królowej Pokoju! Plan Boży realizuje Matka Boża w naszej parafii i poprzez każdego z nas - i za to mogę dziękować najlepszej z Matek!